Na nieformalnym szczycie 17. czerwca nie udało się z marszu zatwierdzić kandydatur do nowego kierownictwa Unii Europejskiej.

I, rzecz jasna, nie ma to żadnego znaczenia. Po prostu, młyny transnarodowej biurokracji mielą powoli, a skoro chodzi głównie o uzgodnienie interesów sponsorów głównych frakcji (tak korporacyjnych, jak i państwowych) – jakiś kompromis jest tylko kwestią czasu. Mimo kryzysu dla wszystkich europejskiego tortu wystarczy czy raczej DZIĘKI kryzysowi da się obdzielić wszystkich u koryta.

 

Skręt w prawo, czyli donikąd

 

Nie jest to więc żadną miarą wynik okrzyczanego zwycięstwa skrajnej prawicy w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym bardziej, żadnej takiej wiktorii po prostu nie było. Europa skręciła w stronę tak zwanej skrajnej prawicy, tylko że ta prawica jeszcze szybciej skręca w stronę bezideowego centrum. Ta degeneracja jest szczególnie widoczna w przypadku Braci Włochów Giorgi Meloni i Rassemblement National Marine Le Pen. Pierwsza z tych formacji nigdy nie była zresztą naprawdę antysystemową, to od początku do końca wydmuszka sterowana ręcznie przez ambasadę USA w Rzymie. Natomiast główne francuskie ugrupowanie narodowe już dawno wyrzekło się własnego programu, przestało opowiadać się za Europą Ojczyzn, złagodziło ton w sprawie emigracji do Europy, a w kwestii wojny na Ukrainie czy ludobójstwa w Gazie wypowiedzi liderów RN nie różnią się od wystąpień polityków establishmentowych. To nie jest formacja Frexitu, kto uważa inaczej – łączy chciejstwo z ignorancją, na miarę wiary, że Polskę z UE wyprowadzi Konfederacja.

 

Mamy do czynienia z farbowanymi lisami, nie tylko we Francji i Włoszech, ale także w Hiszpanii (Vox), Holandii, Danii, Finlandii czy Szwecji. Widoczna jest zresztą relokacją ugrupowań dotychczas kojarzonych z Identity and Democracy (też zresztą znaczniej bardziej umiarkowanej i systemowo oswojonej niż to się w Polsce wydaje) w stronę European Conservatives and Reformists, którzy tym tylko różnią się od obecnego kształtu ID, że już nawet nie udają antysystemowości, będąc jawną agenturą amerykańską i syjonistyczną, akceptując także agendę klimatyczną oraz transgender, oczywiście przy pewnym krygowaniu na potrzeby krajowych elektoratów. Być może więc europejskim wyborcom wydawało się, że głosują za zmianą i na nową jakość, ale system jest przed takimi niespodziankami skutecznie zabezpieczony.

 

Zresztą, przecież to nadal są wybory czysto dekoracyjne, o charakterze sondażu poparcia elektoratów krajowych. Parlament Europejski nie ma istotnych kompetencji i nigdy ich mieć nie będzie, bowiem Unia Europejska została celowo zaprojektowana i zorganizowana jako struktura odrzucająca choćby pozory demokracji, zarządzana przez transnarodową biurokrację pod dyktando lobbystów i globalnych ośrodków siły. Parlament Europejski to nadal emerytalna synekura dla byłych premierów, zasłużonych działaczy, ich kochanek i sponsorów.

 

Niebieskie zebry i różowe morsy

 

Wynik wyborów do PE nie wpłynie też raczej znacząco na politykę III RP, dalej będzie ona proamerykańska, prokijowska, z pełnym wdrożeniem agendy klimatycznej/energetycznej i transgender. Zresztą, byłaby ona taka sama nawet, gdyby w Warszawie rządziło PiS zamiast PO. Te formacje różnią się bowiem frazeologią używaną wobec własnych wyborców, nie polityką, którą realizują na zlecenie zagraniczne. Dlatego właśnie do znudzenia należy prostować komentatorów zagranicznych, uparcie nazywających PO „liberałami” a PiS „konserwatystami [w dodatku narodowymi]”. Gdyby opisać formację Tuska jako niebieskie zebry a partię Kaczyńskiego przedstawić jako różowe morsy miałoby to więcej sensu niż określanie ich jako „liberałów” i „konserwatystów”. W Polsce wiemy wszak dobrze, że to bezideowe interesy grupowe zorganizowane pod znakami plemiennymi, a nie partie ideowe. Ponadto pomimo słabego wyniku partnerów rządowych Platformy Obywatelskiej nie zanosi się nawet na zmianę układu sił w koalicji sejmowej, ponieważ nie da się obecnie zawrzeć żadnej innej, a więc układ będzie trwał, zapewne przy stopniowej kanibalizacji Trzeciej Drogi i „Lewicy” przez PO. Zmiany mogą więc być zaledwie personalne, jak wewnętrzna walka o władzę w PSL między frakcjami Władysława Kosiniak-Kamysza i Waldemara Pawlaka / Marka Sawickiego, jednak to już naprawdę nie ma znaczenia dla kogokolwiek poza grupami ludowców zainteresowanych posadami w spółkach Skarbu Państwa.

 

Warta jest zmęczona

 

Ursula von der Leyen zapowiedziała już, że „nowa większość w Parlamencie Europejskim będzie proeuropejska i proukraińska”. Oczywiście, znajdą się w PE pojedynczy posłowie mający odmienne poglądy, częściej zresztą wywodzący się ze skrajnej lewicy niż prawicy, która została poddana skutecznej amerykanizacji i syjonizacji. Znajdą się (czy raczej już się znaleźli) i  będą tak samo marginalizowani, jak dotychzas, tak samo oskarżani o agenturalność, jak poprzednio i być może po prostu zostaną w końcu aresztowani za szpiegostwo i usunięci z PE, taka będzie cała różnica z poprzednią kadencją, która – przypomnijmy – zakończyła aferą „Voice of Europe” i polowaniem na rosyjskie czarownice wśród europosłów i kandydatów do PE. Skądinąd jeśli rzeczywiście Rosja próbowała w ten sposób uczynić swój głos słyszalnym w Europie – to pomogła skompromitować swoich ostatnich sojuszników, a o nowych będzie jej jeszcze trudniej.

 

Fikcja zachodniej demokracji liberalnej dobiega bowiem końca, czego ostateczną cezurą była fikcja pandemicza,a następnie absurd klimatyczno-energetyczny i histeria wojenna. W obecnej rzeczywistości nie ma miejsca na żadne różnice zdań odnośnie wojny na Ukrainie, ludobójstwa dokonywanego przez syjonistów w Gazie, rzekomej zmiany klimatycznej i realnej transformacji energetycznej, samoidentyfikacji płciowej, kapitalizmu inwigilacji, globalnych zysków korporacyjnych czy produkcji pieniądza z brudnego powietrza. Obowiązuje jednomyślność. Wszyscy, w tym nowowybrani europosłowie muszą się jej podporządkować – albo zostaną unicestwieni jako osoby publiczne, uczestnicy wymiany gospodarczej czy po prostu jako jednostki ludzkie. Koniec zabawy.

 

Karauł ustał.

 

Konrad Rękas