Jedno jest pewne. Jeśli nawet naprawdę ktoś kiedyś rozwali Pałac Kultury - to przecież nie dlatego, że to "relikt komuny", tylko ze względu na łapówkę od jakiegoś banku czy developera za warte miliardy miejsce w centrum Warszawy.

 

 

Jeszcze kilka miesięcy temu na wypowiedź min.  Glińskiego, że "nie ma nic przeciwko zburzeniu Pałacu Kultury na 100-lecie niepodległości" - wzruszyłbym ramionami (jak zawsze zresztą słysząc, gdy ten człowiek coś usiłuje mówić). Dziś jednak nie byłbym już taki pewien czy ta głupota ma jakieś granice. Zwłaszcza, gdy w kolejnym zdaniu minister kultury i DZIEDZICTWA NARODOWEGO Polski zapowiada, że to, czego najbardziej na stulecie potrzebuje Warszawa - to jeszcze jedno żydowskie muzeum, tym razem poświęcone osobno powstaniu w getcie. To może od razu oddajmy im Narodowe, przynajmniej dla prezydenta i jego powinowatych ta nazwa nie będzie taka myląca?

 

Wywiad Glińskiego dla Radia Maryja zaczął jednak żyć własnym życie i jak to w realiach demokracji internetowej – zaczęto dyskutować o wszystkim, tylko nie na temat. Czy Pałac jest ładny? Czy Warszawa ładniejsza była przed wojną, za komuny, czy teraz? Czy w ogóle ma centrum, a jeśli tak – to gdzie i czy mieć powinna? Czy PKiN jest „pomnikiem komuny”, co to w ogóle miałoby znaczyć i co z tego wynika? Wszystko to jest bardzo ciekawe, ale – wbrew pozorom – nie ma żadnego związku z tym, co rzeczywiście mogłoby się wyobrazić gdzieś tak między Ścianą Wschodnią a Dworcem Centralnym.

 

Najzabawniejsze są bowiem głosy mniej lub bardziej śmiałego poparcia wyburzenia Pałacu, oparte np. na sentymentalnych wizjach "odtworzenia przedwojennej siatki ulic" czy dywagacjach dotyczących "urbanistycznego upiększenia Warszawy". Ludzie, żyliście w jakimś innym kraju przez ostatnie 28 lat? Co niby pięknego, sensownego i spójnego wybudowano w tym czasie zwłaszcza w centrum stolicy? Jeśliby ktoś naprawdę rozwalił PKiN - to przecież nie po to, żeby pani  Talarowa-Popiołkowa  odzyskała kamienicę, ani żeby  Leopold Staff  się miał gdzie przechadzać - pytanie brzmiałoby jedynie, powtórzę: ILE DAŁ I KTÓRY KONKRETNIE BANK I DEVELOPER?

 

Naprawdę, nie wygłupiajmy się. Już pal sześć sentymentalne wizje przedwojennej Warszawy oparte na omijaniu przez kamery czy komputerowe rekonstrukcje np. dzielnic polskiej biedy czy żydowskiego brudu, z których nasza stolica słynęła. Nie aż tak bardzo ważne jest też, czy ktoś woli prawdziwe, czy odbudowywane kamieniczki – czy dubajskie drapacze. Niezależnie od indywidualnych gustów bije bowiem w oczy oczywistość. Tak jak ze względów historycznych Warszawa straciła architektonicznie i urbanistycznie wiek XIX i to nie do Paryża, tylko do Budapesztu a nawet Bukaresztu, jak komuna (i to mimo paradoksalnie architektonicznie… korzystnych okoliczności) wyszła jej na gorsze, niż np. Kijowowi, nie mówiąc o Moskwie, tak przede wszystkim po 28 latach Trzeciej RP - Warszawa nie trzyma porównania rozwoju urbanistycznego już nawet nie z Pragą, ale choćby z... Mińskiem. I choć wiem, że komuś marzyć się może kolejna szansa na upiększenie naszego największego miasta – to  tu jest Polska, co może pójść źle, to pójdzie  – i jeśli Pałac nawet rozwalą, to nie dość, że wszystko rozkradną, to jeszcze to, co powstanie na jego miejscu będzie pewnie syfem i chaosem znacznie większym, niż obecnie.

 

Złodziejstwo polityczne to zresztą tylko jedna z przyczyn. Zwróćmy też uwagę, że mający oto odnieść ostateczne zwycięstwo nad dziedzictwem Stalina naród polski jakoś nie jest w stanie przeskoczyć problemu jak kupić 5 rodzinom przyzwoite mieszkania w dobrej lokalizacji na zamianę za chałupę, która od 50 lat uniemożliwia poszerzenie jednej trasy przelotowej w Lublinie. I co, nagle sobie zaczniemy sobie budować centra miast na miarę swoich cywilizacyjnych aspiracji? Że co, że to nie naród, tylko polityczna narośl na nim w postaci III RP i jej kolejnych operetkowych rządów? Ano właśnie.

 

Ja też mam taką przypadłość, że śnią mi się miasta, wstające z ziemi nadrzeczne promenady, fasady wielkich gmachów, zielone ogrody, mosty i przejezdne arterie. Ale wiem, że to sny. A polskie realia – to złodzieje u władzy, tym razem udający patriotów - opowiadający Polakom głodne kawałki. A my nie możemy się obudzić.

 

Konrad Rękas