„Afera Teatru Polskiego” przyniosła m.in. wysyp krytyki głoszonej z pozycji całkowitej separacji państwa od kultury, w imię absolutnego wolnego rynku.

 

 

Stałe społeczeństwo w zmiennym państwie

 

„Jeśli rząd ma prawo dawać pieniądze na teatry i inne działania kulturalne, to rząd ma prawo tych pieniędzy nie dawać. Po prostu - rząd i państwo nie powinno zajmować się edukacją moich dzieci, moją emeryturą, telewizją i kulturą. Bo państwo - poprzez zmiany władz - jest zwyczajnie niestabilne poglądowo i niewiarygodne. Nie możemy ufać w decyzje państwa, bo w każdej chwili mogą się one zmienić” - napisał na przykład (skądinąd sympatyczny)  Igor Downar-Zapolski. Paradoks polega na tym, że kiedyś to państwo i jego utrwalona tradycją polityka kulturalna były elementem stałym, zagrożonym przez indywidualne eksperymenty. Współcześnie zaś faktycznie doszliśmy poniekąd do sytuacji odwrotnej: groszem publicznym wspiera się dewiacje, a ludzi domagających się klasyki odsyła, by sami ją sobie zorganizowali i finansowali. Niestety, trochę podobnie wygląda też sytuacja choćby w oświacie, skłaniając nastawionych krytycznie do mainstreamu, by zamiast odwojowywać państwo – ustawiali się w całkowitej kontrze do niego.

 

Czy jednak apatrydzka postawa, godna białych supremacjonistów, czy innych apokaliptycznych grupek w Stanach – jest już jedynym rozwiązaniem i faktycznie nie ma innego wyjścia niż wiara w społeczeństwo zorganizowane w zamkniętych kręgach, opartych o wspólnotę wartości wbrew coraz potężniejszemu (także dzięki takiemu eskapizmowi) państwo? Mimo wszystko wydaje się, że  nie jest jeszcze tak źle, by dobrowolnie godzić się na omnipotencję władzy państwowej. Z drugiej zaś –  nie jest tak dobrze, by wierzyć, że można Lewiatana ignorować całkowicie i że da się stworzyć alternatywny świat, w którym przynajmniej uświadomione jednostki będą wyłącznie korzystać z odpowiadającej im formy edukacji, wychowania czy życia kulturalnego. Droga ta bowiem, jeśli nawet – mogłaby być dostępna tylko dla nielicznych, a zatem i zwolennicy państwa maksimum i jego skrajni przeciwnicy de facto spotkaliby się w punkcie, w którym zgodziliby się, że  żadnego społeczeństwa nie ma, bo jest ono niepotrzebne. I to dopiero byłby kres cywilizacji jaką znamy.

 

Naród trwa w kulturze i edukacji

 

Przypadkowe interakcje desocjalizowanych jednostek nie są bowiem żadną poważną alternatywą ani dla realizowanej obecnie wizji rządów oligarchiczno-eiltarnych, ani dla dychających jeszcze resztek społeczeństwa – narodu, rozumianych solidarystycznie, jako ciągłość pokoleń o wspólnej, mimo wszystkich różnic świadomości. Otóż właśnie  tej ciągłości nie da się utrzymać bez spójnej linii wychowania, edukacji i kultury, które nie mogą ograniczać się do wąskich grupek, choć z pewnością ich odbiór jest różny w poszczególnych środowiskach.  Polityka kulturalna jest inwestycją właśnie w istnienie narodu jako zbiorowości – albo mechanizmem jego stopniowego unicestwiania. Wiara, że można funkcjonować całkowicie bez stymulowanej przez władze czy dominujące grupy kultury i sztuki – jest więc przeważnie tylko nieświadomym elementem tego drugiego procesu.

 

Tyle teorii. Praktyka jest zaś jeszcze prostsza. Anarcholiberalne myślenie (?) zakłada całkowitą absencję państwa (czy w ogóle, władzy publicznej – także samorządowej, czyli wspólnotowej już z samego założenia) z dziedziny kultury i sztuki. Wynika to po pierwsze z założenia doktrynalnego –że nie wolno zabierać ludziom z kieszeni na żadne cele wspólne, że jak ktoś zechce coś utrzymać – to sam za to zapłaci, a jak się nie utrzymuje – to widać jest zbędne, że wreszcie w wydrenowanej z rodzimych kapitałów Polsce pojawią się w cudowny sposób prywatni sponsorzy, którzy wszystko to w równie cudowny sposób utrzymają. A pojawią się, rzecz jasna, w wyniku błyskawicznej realizacji liberalnej wizji ekonomicznej, która obecny prekariat (wyznający te doktrynę) automatycznie zamieni w milionerów. Drugi powód oporu przeciw kulturze finansowej ze środków publicznych – jest objawowy. Kolejne próby, takie jak wrocławska, przemycania jako sztuki hucpy czy pornografii kuszą pozorną łatwością rozwiązania. „Zabrać wszystkie pieniądze, to nie będą mieli za co tak się bawić!” - uważają niektórzy. Sęk w tym, że pomysł ten nadal ignoruje istniejącą nierównowagę. A więc w obecnych realiach to pornografowie, gorszyciele i szargacze wartości religijnych i narodowych łatwiej uzyskają wsparcie także prywatne – niż ci, którzy chcieliby tych wartości bronić.

 

Nie socjalizm, a schamienie

 

I dowodzą tego właśnie przykłady podnoszone chętnie przez środowiska, które (skądinąd słusznie) protestowały m.in. przeciw „Śmierci i dziewczynie”, czy wcześniej np. „Pokłosiu”. Oto miłe sercom tych kręgów filmy, jak choćby „Historia Roja”, czy produkcja o katastrofie smoleńskiej – od lat są na etapie zbierania funduszy, a mityczne patriotyczne kapitały nie są w stanie doprowadzić tych inicjatyw do końca, podczas gdy samograj państwowego finansowania kinematografii, stworzony jeszcze za rządów SLD – wypluwa kolejne „dzieła” bez żadnej zadyszki i opóźnień. Niestety, postulat „zabierzmy wszystkim!”, zamiast „dajmy swoim!” jest naiwną głupotą i bynajmniej,  nie okrzyczany „socjalizm polityki kulturalnej” jest dziś największym zagrożeniem dla Polski i Polaków, ale właśnie nihilizm, postępująca atomizacja narodu, jego schamienie i ogłupienie.  A zjawiskom tym nie da się przeciwstawić przez wzniosłą, a doktrynalną kapitulację z obowiązków wychowawczych państwa.

 

Jak to się robi w Ameryce

 

Wreszcie kolejna kwestia praktyczna – świadomościowa właśnie. Jak wiadomo ostatnim argumentem ignorantów jest powołanie się na przykład Ameryki. Na półce z kwiatkami takimi jak paroosobowa rada miejska Nowego Jorku, czy brak dotacji do amerykańskiego rolnictwa – znajduje się też niewzruszone przekonanie, że USA to kraj liberalnej szczęśliwości, w którym nie ma instytucji kultury utrzymywanych z podatków, ani nie funkcjonuje państwowa polityka kulturalna. W przekonaniu tym wyznawców nie wzruszyły nawet dostępne nawet w polskich mediach informacje np. o problemach pracowników amerykańskiej budżetówki – w tym jednostek kultury w okresie walki prezydent-Kongres o budżet właśnie (na tle reform ubezpieczeniowych  Obamy). Skoro jacyś pracownicy kultury nie dostawali pensji z kasy państwa – tzn. że normalnie są z niej finansowani, prawda? Ale cóż, żeby jakaś wiedza słuchającemu nie wypadła drugim uchem – musiałaby się mieć na czym w pustej mózgownicy zatrzymać...

 

Ale nie poprzestawajmy na poszlakach. W końcu w dzisiejszych czasach za przewodnika służy koniec palca, którym można stuknąć w klawisze czy w ekran. Czy naprawdę wymaga tak dużego wysiłku odnalezienie informacji na państwowej – stanowej i federalnej polityki kulturalnej Stanów Zjednoczonych? Np. o – skądinąd kontrowersyjnej – działalności federalnej National Endowment for the Arts (NEA) z rocznym budżetem wynoszącym tylko w 2015 r. 146,2 mln dolarów czy siostrzanej National Endowment for the Humanities dysponującą 167,5 mln dolarów m.in. na badania z zakresu filzofii, historii, literatury, religii i prawoznawstwa. Muzealnictwo wspiera Institute of Museum and Library Services (227,8 mln dolarów rocznie), a także prowadzona przez NEA Federal Council on the Arts and the Humanities oraz zatwierdzony jeszcze w 1975 r. przez Kongres The Arts and Artifacts Indemnity. Łatwo też znaleźć informacje o The National Assembly of State Arts Agencies, która wprawdzie sama działa jako organizacja non-profitowa, ale skupiająca jak najbardziej państwowe (stanowe i lokalne) Agencje Artystyczne również zajmujące się redystrybucją środków publicznych na działalność kulturalną i dysponujące łącznie środkami o przeszło 70 proc. większymi od federalnych? W ziemi obiecanej liberałów to co publiczne przenika się z tym co prywatne. Corporation for Public Broadcasting, wspierająca rozwój mediów zwłaszcza lokalnych – została powołana przez Kongres i rząd federalny w ramach programu Wielkiego Społeczeństwa Lyndona Johnsona. Teoretycznie jest prywatna – ale z radą dyrektorów powoływaną przez prezydenta za zgodą Senatu, z kandydatów wyłącznie dwóch wielkich partii. Instytut Smithsoniański również jest jak najbardziej prywatny – tyle że skupia muzea państwowe, powoływane decyzjami parlamentu o kluczowym znaczeniu dla dziedzictwa narodowego., w radzie ma wiceprezydenta i przedstawicieli Kongresu – no i dostaje przeszło 800 mln dolarów dotacji budżetowej. National Gallery of Art dostaje ok. 130 mln dolarów dotacji. Pieniądze dzielą też i rozdają mniejsze agencje, fundusze i programy rządowe oraz stanowe i lokalne.

 

Wg danych NEA za rok 2012 – 44,9 proc. środków na realizację projektów artystycznych i funkcjonowanie instytucji kultury pochodzi z dotacji (władz federalnych stanowych i lokalnych, a także donatorów prywatnych i osób prawnych), natomiast reszta to dochody uzyskiwane z działalności. Kultura amerykańska bynajmniej nie utrzymuje się więc sama i nie zarabia – a jest sponsorowana, jak wszędzie na świecie.

 

Nie stać nas na liberalny sen

 

Oczywiście, doktrynerów nic nie przekona, że nigdy nie jest się dość bogatym, by rezygnować z inwestowania w kulturę. Przykład amerykański, jeśli nawet do kogoś dotrze – posłużyłby więc zapewne raczej jako dowód na zdobywanie przez socjalizm nawet dawnego błogosławionego Dzikiego Zachodu (stanowiącego pewnie dla niektórych wzór polityki kulturalnej). Fakty są jednak okrutne –  nawet w ojczyźnie przedsiębiorczości pokazywanie sztuk czy obrazów nie jest działalnością dochodową. I nie ma co łudzić się, że w biednej Polsce kulturę utrzymają ci, których dziś nie stać często na bilet do kina, za to marzą, że kiedyś będą łożyć na podobające się im ideologicznie, a może nawet i dobre filmy.

 

Polski nie stać, żeby zrobić sobie przerwę w utrzymywaniu muzeów, bibliotek, teatrów, aż w końcu ziści się liberalny sen i ludzie staną się tak bogaci bez państwa i wbrew państwu – że sami sfinansują te instytucje. Nawet bowiem gdyby stał się cud i utopia się zrealizowała – do tego czasu fala chamstwa i prymitywizmu (także sączących się z mediów i siedlisk anty-kultury obecnie utrzymywanych przez władze) zaczadziłaby ludzi za bardzo, żeby jeszcze potrzebowali kultury wysokiej i pamiętali do czego jest potrzebna. Cud jednak nie nastąpi, programy polityczne, społeczne i ekonomiczne powinny trzymać się realiów - dlatego zamiast odlatywać w sfery gdzie kultury nie finansuje się w ogóle powinny raczej skupiać się na ustalaniu i promowaniu treści i wartości godnych i odpowiednich do przekazywania, a w sferze realizacji – na wybieraniu takich władz, które będą umiały także dobrać właściwych ludzi do prowadzenia działalności kulturalnej i artystycznej. Mówiąc prościej – do wylewania na zbity pysk pornografów, beztalenci i hucpiarzy, a promowania mających coś ciekawego do przedstawienia w ramach naszej sprawdzonej cywilizacji i kultury. Tylko tyle i aż tyle. I jeśli jest to socjalizm – to przynajmniej narodowy.

 

Konrad Rękas